Kim właściwie jesteś?
Czasem przez całe życie szukamy czegoś, czego nie potrafimy nawet nazwać.
Szukamy spokoju.
Szukamy sensu.
Szukamy miejsca, w którym w końcu poczujemy, że wszystko jest na swoim miejscu.
I bardzo często robimy to w świecie zewnętrznym.
W pracy.
W relacjach.
W osiągnięciach.
W kolejnych celach.
A jednak wielu ludzi w pewnym momencie odkrywa coś zaskakującego.
To, czego szukali przez lata na zewnątrz, wcale tam nie było.
Kim właściwie jesteś?
Zatrzymaj się na chwilę i odpowiedz na jedno pytanie.
Kim jesteś?
Nie pytam o twoje imię.
Nie pytam o twoje nazwisko.
To tylko etykiety.
Nie pytam też o twój zawód.
Inżynier.
Nauczyciel.
Stolarz.
Ogrodniczka.
To role, które wykonujemy w świecie.
Nie pytam o twoją płeć.
Kobieta.
Mężczyzna.
To również tylko jedna z warstw naszego istnienia.
Więc spróbuj jeszcze raz.
Kim jesteś?
Jeżeli zatrzymasz się nad tym pytaniem chwilę dłużej, pojawia się ciekawa rzecz.
Większość odpowiedzi, które przychodzą nam do głowy, opisuje tylko zewnętrzne warstwy naszego życia.
Imię.
Nazwisko.
Zawód.
Rola społeczna.
Historia.
A jednak pod tym wszystkim jest coś jeszcze.
Coś, co przeżywa.
Coś, co obserwuje.
Coś, co doświadcza świata.
Mantry, które zaczynają nas definiować
Z czasem zaczynamy dodawać do siebie kolejne określenia.
Jaka jestem?
Jestem silna.
Jestem dzielna.
Jestem odpowiedzialna.
Jestem opiekuńcza.
Na początku to tylko zdania.
Ale z czasem zaczynają działać jak mantry, które powtarzamy sobie przez całe życie.
A każda mantra zaczyna powoli kształtować nasze decyzje.
Jeżeli mówię o sobie:
jestem silna
to bardzo często oznacza też coś jeszcze.
Nie proszę o pomoc.
Muszę dać radę sama.
Muszę wszystko ogarniać.
I zanim się zorientujemy, całe nasze życie zaczyna być budowane wokół tej jednej definicji.
Ale z taką definicją często przychodzi też coś jeszcze.
Bo jeżeli mówię o sobie: jestem silna, to w praktyce bardzo często oznacza również:
robię wszystko sama.
Nie proszę o pomoc.
Nie chcę nikogo obciążać.
Nie pokazuję słabości.
I wtedy powoli zaczyna pojawiać się coś, czego na początku nawet nie zauważamy.
Ogromny balast na naszych barkach.
Bo bycie silnym w taki sposób oznacza często, że niesiemy wszystko sami.
Odpowiedzialność.
Problemy.
Ciężar decyzji.
I przez lata może nam się wydawać, że to właśnie jest siła.
A czasem jest to po prostu ciężar, który nauczyliśmy się nosić.
Kamizelki, które zakładamy na siebie
Te zdania są jak ubrania, które zakładamy na siebie.
Jedna kamizelka.
Potem druga.
Kamizelka tej, która zawsze daje radę.
Kamizelka tej, która pomaga wszystkim.
Kamizelka tej, która się nie skarży.
I powoli zaczynamy żyć tak, żeby pasować do tych kamizelek.
Wypełniamy role.
Nosimy cudze buty.
Spełniamy czyjeś oczekiwania.
I w pewnym momencie może się okazać, że mamy na sobie tyle tych warstw, że już prawie nie pamiętamy, co jest pod spodem.
Kim byliśmy, zanim zaczęliśmy się definiować.
Kim byliśmy, zanim zaczęliśmy grać role.
I wtedy pojawia się pytanie, którego wielu ludzi woli sobie nigdy nie zadać.
Czy grasz główną rolę w swoim życiu?
Czy jesteś może tylko statystą w scenariuszu, który napisał ktoś inny?
Moment zagubienia
A potem w pewnym momencie życia pojawia się coś dziwnego.
Cichy niepokój.
Jakby coś w środku zaczynało pukać.
Jakby ktoś od środka mówił:
to jeszcze nie wszystko.
Czasem przypomina to trochę taniec na bardzo śliskiej powierzchni.
Jak w starej piosence „Taniec pingwina na szkle”.
Biegniemy.
Załatwiamy sprawy.
Spełniamy oczekiwania.
Odhaczamy kolejne zadania.
A jednak gdzieś głęboko w środku pojawia się pytanie:
czy w tym całym tańcu nie zgubiłem samego siebie?
Czasem to uczucie jest jeszcze bardziej pierwotne.
Jak wycie wilka gdzieś daleko w lesie.
Głos, który przypomina, że istnieje w nas coś dzikiego, prawdziwego, nieoswojonego.
Coś, co chce wrócić do domu.
Bo kiedy przez lata nosimy cudze role i cudze oczekiwania, naprawdę można się zgubić.
Jak śpiewają The Doors w „People Are Strange” — kiedy człowiek staje się obcy samemu sobie, łatwo się zgubić.
Można odejść bardzo daleko od samego siebie.
A powrót do środka — do miejsca, w którym naprawdę jesteśmy sobą — nie zawsze jest łatwy.
Cztery kultury mówią o tym samym
To ciekawe, że różne kultury od tysięcy lat opisują tę samą część człowieka.
W języku polskim mówi się o duchu.
W języku niemieckim o Geist.
W języku angielskim o spirit.
W tradycyjnej medycynie chińskiej mówi się o Shen.
Cztery różne języki.
Cztery różne tradycje.
A jednak wszystkie wskazują na coś bardzo podobnego.
Na wewnętrzne centrum człowieka.
Rzeka, która przestaje płynąć
W medycynie chińskiej mówi się, że człowiek jest jednością trzech poziomów:
ciała
energii — Qi
i świadomości — Shen.
To jeden system.
Dlatego sposób, w jaki żyjemy i przeżywamy świat, zaczyna być widoczny również w ciele.
Najbardziej lubię porównanie do rzeki.
Zdrowy organizm jest jak rzeka.
Rzeka płynie.
Woda jest w ruchu.
Brzegi oddychają.
Wszystko się oczyszcza.
Ale kiedy coś przez długi czas blokuje przepływ — stres, napięcie, przeciążenie — rzeka zaczyna zwalniać.
Woda gęstnieje.
Na dnie zaczynają odkładać się osady.
W medycynie chińskiej powiedzielibyśmy wtedy:
przepływ Qi został zaburzony.
A kiedy rzeka przestaje płynąć, ciało zaczyna wysyłać sygnały.
Nie dlatego, żeby nas ukarać.
Ale żeby nas zatrzymać.
Powrót do siebie
Czasem droga zdrowienia zaczyna się od bardzo cichego momentu.
Od chwili, w której człowiek zaczyna zdejmować kolejne warstwy.
Nie jestem tylko swoim zawodem.
Nie jestem tylko swoją rolą.
Nie jestem tylko historią, którą o sobie opowiadam.
Pod tym wszystkim jest coś jeszcze.
Cisza.
Świadomość.
Obecność.
To, co różne kultury nazywały różnie:
duch
Geist
spirit
Shen
I wtedy pojawia się jeszcze jedno pytanie
Kim właściwie jesteś?
Nie twoje imię.
Nie twój zawód.
Nie twoja rola.
Kim jesteś pod tym wszystkim?
Czasem odpowiedź jest dużo prostsza, niż się spodziewamy.
Bo pod wszystkimi rolami, historiami i definicjami jest coś bardzo zwyczajnego.
Po prostu jesteś.
I zawsze byłeś.
Nie musisz niczego udowadniać.
Nie musisz zabiegać o prawo do tego, żeby istnieć.
Nie musisz robić z siebie kogoś większego, silniejszego czy bardziej wyjątkowego tylko dlatego, że wydaje ci się, że taki jaki jesteś — to za mało.
Nie musisz dokładać do siebie kolejnych warstw, kolejnych ról i kolejnych historii tylko po to, żeby poczuć, że masz prawo tu być.
Bo pod tym wszystkim zawsze było coś bardzo prostego.
Wystarczy, że jesteś.
I prawda jest taka, że to zawsze wystarczało.
